I Liceum Ogólnokształcące im. Marii Curie Skłodowskiej w Szczecinie



W krainie Andersena - z młodzieżą I LO na wymianie w Danii.

Nasze liceum nawiązało jakiś czas temu współpracę z Gymnasium w Stovring (północna Dania). W marcu przyjęliśmy u siebie w szkole grupę młodzieży z nauczycielami z Danii, a w dniach 14 – 17 września odwiedziliśmy Duńczyków w ich szkole i rodzinnej miejscowości. Można powiedzieć, że nasza wrześniowa wizyta była rewizytą wobec tych, których polscy uczniowie przyjmowali u siebie w marcu.

Podczas wymiany uczniowie mieszkali u rodzin, co wynika z bezpośredniego założenia tego typu programów (wymiany młodzieży). Chodzi mianowicie o możliwość poznania różnic kulturowych, jak np. stylu życia, sposobów spędzania wolnego czasu, upodobań kulinarnych, relacji rodzinnych. Strona zapraszająca układa program imprezy, planując zajęcia obowiązkowe (np. organizuje zadania dla uczniów – dyskusje na różne tematy), a także program „rozrywek” na czas wolny (ogniska, kręgle, dyskoteki). Ideą zajęć jest praca w grupach razem z zagranicznymi kolegami, a następnie prezentacja wyników na forum klasy. Językiem wymiany z Duńczykami był język angielski, podobnie jak przy realizowanym przez nasze szkoły programie Comenius.

Wrażenia ze Stovring? Te uczniowskie różnią się od naszych nauczycielskich. Młodym uczestnikom wymiany podobało się wszystko: od szkoły poczynając, przez prawa/przywileje rówieśników, a na ich relacjach z nauczycielami kończąc. Szkoła – niby jak to szkoła, ale jednak inna. Nowoczesna, i to nie tyle pod względem architektonicznym (niska zabudowa, bardziej „wszerz” niż „wzwyż”, wokół mnóstwo zieleni), co pod względem wyposażenia (rzutniki multimedialne w każdej sali, klimatyzacja pomieszczeń, wygodne sofy w hallu do pracy w grupach, na podłogach wykładziny). Prawa duńskich nastolatków – pod jakim względem inne od naszych polskich? Nasi uczniowie od razu zwrócili uwagę, że Duńczycy zwracają się do swoich nauczycieli po imieniu, a ci poklepują przyjaźnie swoich wychowanków po plecach. Jednak polska młodzież nie zauważyła chyba, że takie familiarne zachowanie wcale nie oznacza braku szacunku: wzajemne relacje są przyjacielskie, a nawet partnerskie, bo obie strony łączą wspólne cele - młodzi chętnie chodzą do szkoły, by się uczyć, a nauczyciele są tam po to, by im w tym pomagać. Nie zauważyłyśmy, aby nauczyciel miał jakiekolwiek problemy z dyscypliną w czasie lekcji: uczniowie nie spóźniali się, na lekcjach panowała cisza (tak dziwna dla polskiego nauczyciela), czas na wykonanie zadań był maksymalnie wykorzystywany, a nauczyciel nie musiał nieustannie nadzorować swych podopiecznych. Mógł wyjść z klasy, a oni nadal pracowali. Niekiedy młodzież opuszczała klasę, rozsiadając się wygodnie na sofach (każda grupa siadała na sofach innego koloru) i w wygodnych dla siebie pozycjach „rozpracowywała” zadania. Kto chciał, mógł korzystać w szkole ze swojego laptopa – było je widać wszędzie: w hallu, w gabinetach lekcyjnych, w pokoju nauczycielskim. Podczas lekcji sale często nie są zamykane, bo i po co? Uczniowie i tak robią swoje. A przerwy? Są, a wzywa na nie dzwonek też zdecydowanie inny od tego typowego dla polskich szkół, tak przerażającego w swym brzmieniu, że obudziłby umarłego.

No i chyba najważniejszy „przywilej”, który naszym uczniom wydawał się wręcz nieprawdopodobny: możliwość palenia, podczas gdy polscy uczniowie szkół dziennych starają się za wszelką cenę złamać nakładane na nich zakazy, w tym zakaz palenia w szkole. Nasi młodzi podopieczni zdają się nie zauważać, że prawa to jedno, a umiejętność korzystania z nich to coś zupełnie innego. Duńscy uczniowie mają w swojej szkole wyznaczone miejsca do palenia, co więcej, ten nałóg chyba nie jest tam aż tak popularny jak w Polsce, bowiem tłumów na przerwach wokół popielniczek nie zauważyłyśmy. Ale trudno się dziwić, skoro można ten czas spędzić w inny sposób, a do tego palenie po prostu nie wydaje się szczególnie trendy w społeczeństwie duńskim, by nie wspomnieć dodatkowo o tym, że palacze są tam traktowani jak przedstawiciele niższych klas społecznych.

Różnic ciąg dalszy. Duńczycy uczęszczają do szkoły, bo chcą, nasi uczniowie – bo muszą (nieustannie przypominamy im, że dotyczy ich obowiązek szkolny, nadmieniamy przy tym, że wybór mają właściwie tylko co do szkoły). Duńscy rówieśnicy gros zadań wykonują w szkole, nie wracają do domu przeładowani pracami domowymi. Szkoła oferuje ponadto atrakcyjne zajęcia artystyczne (np. muzyczne, podczas których piszą piosenki, grają, przygotowuję się do występów, plastyczne - lepią z gliny, rysują, malują), sportowe (mają boiska i salę gimnastyczną, ale brak im basenu), wydają własny periodyk informujący o osiągnięciach szkoły.

I najważniejszy aspekt – motywacja. Nasi zagraniczni koledzy „po fachu” wpajają młodzieży, że ci uczą się dla siebie, i że poniżej określonego poziomu zejść im nie wolno, młodzi ludzie są zatem od najmłodszych lat uczeni wolności wyboru i odpowiedzialności za decyzje, sami więc decydują o chęci nauki w tej a nie innej szkole. Najmniej zainteresowani (zwykle kilka osób rocznie) wybierają odmienną możliwość kariery.

Na koniec jeszcze „Stovring z perspektywy nauczyciela”. O wyposażeniu już wspomniałyśmy. Kolejne plusy to pokój nauczycielski z zapleczem socjalnym (w pełni urządzoną kuchnią), codzienną porcją świeżych owoców dla wszystkich.A sama kadra? Wszyscy nauczyciele mówią po angielsku, każdy uczy dwóch przedmiotów, i są to niekiedy... nieco oryginalne połączenia (np. matematyka i muzyka, niemiecki i biologia). W procesie dydaktycznym wydaje się dominować praca metodą projektów, główny nacisk położony jest na doświadczenie, nie na teorię, i tak np. gdy uczniowie dowiadują się o II wojnie światowej, organizują wycieczkę edukacyjną do niemieckiego obozu Ravensbruck, a gdy poznają geografię i przyrodę, planują poznawanie basenu Morza Bałtyckiego i Północnego (np. fauna i flora, próbki chemiczne wody).

Nie samą pracą człowiek żyje, szczególnie podczas intensywnych we wrażenia wymian. Dlatego strona duńska zadbała także o uatrakcyjnienie naszego pobytu. Zorganizowano dla nas wycieczkę do nadmorskiego kurortu Skagen, wizytę w Muzeum Malarstwa (z pracami mniej znanych w Polsce Michaela i Anny Ancherów, Holgera Drachmanna, Pedera Severina Kroyera), spacer brzegiem morza (dotarliśmy do miejsca, w którym Morze Północne styka się z Bałtykiem cieśninami Skagerrak i Kattegat), a także zwiedzanie miasta Alborg (z malowniczymi domkami, przypominającymi Złotą Uliczkę w Pradze).

Mamy nadzieję, że współpraca naszych szkół będzie się rozwijać, tym bardziej, że obie strony mają już pomysły na kolejne wspólne przedsięwzięcia, a młodzież jest jak najbardziej zainteresowana rozwijaniem kontaktów.

Zachęcamy do obejrzenia zdjęć z tej wymiany: tych nauczycielskich (poważnych),i tych uczniowskich (świadczących o ich poczuciu humoru).

Wrażenia spisała: Anna Kondracka-Zielińska we współpracy z Beatą Kochanowską.

Polsko-duńska wymiana uczniowska

Wersja uczniowska „grzeczna”
spisana przez Monikę Potiopę (kl. 2d)

Dnia 13.09 2009 roku 15 uczniów naszej szkoły wraz z dwiema nauczycielkami, Paniami Beatą Kochanowską i Anną Kondracką-Zielińską, pojechało w ramach rewizyty na wymianę młodzieżową do poznanych już w marcu gimnazjalistów ze StØvring w Danii.

Z Polski wyjechaliśmy o północy i po około jedenastogodzinnej podróży dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia. W szkole przywitali nas nauczyciele języka angielskiego i zaprowadzili na lunch do pokoju nauczycielskiego. Później mieliśmy trochę czasu wolnego na obejrzenie szkoły, która wprawiła większość z nas w zachwyt. Każda klasa miała własne kanapy do wypoczynku na przerwach (w różnych kolorach: żółte, niebieskie, czerwone), był też bezprzewodowy internet. Jednak największe zdumienie, ale też kontrowersje wywołało to, że uczniowie mogli palić papierosy na terenie „budy”. Około godziny 15:00 nasi duńscy koledzy zabrali nas do swoich domów. Wieczorem spotkaliśmy się całą grupą w centrum StØvring i zajęliśmy się częścią rozrywkową.

We wtorek, od 8:30 do 12:30 mieliśmy zajęcia w szkole. Rozmawialiśmy o różnicach kulturowych między Polską a Danią. Poruszaliśmy wiele tematów, takich jak szkolnictwo, plany przyszłościowe, religia, muzyka, miłość, rodzina, typowy weekend. O godzinie 12:30 wybraliśmy się do pobliskiego miasta Alborg. Po około 2-godzinnym zwiedzaniu miasta każdy z nas miał czas wolny. Duńczycy zabrali nas do kręgielni, gdzie spędziliśmy czas do wieczora.

Kolejnego dnia około godziny 9:00 pojechaliśmy nad morze na północ Danii, do Skagen. Byliśmy tam do godziny 15:00. Później mieliśmy czas wolny, który spędziliśmy wszyscy razem przy ognisku zorganizowanym przez naszych duńskich kolegów.

Czwartek był najsmutniejszym dniem dla nas wszystkich… Od rana pakowanie się i żegnanie z rodzinami. Od 8:30 odbywał się w szkole dalszy ciąg zajęć wtorkowych. Po lunchu i pożegnaniu z gościnnymi Duńczykami musieliśmy wracać do okrutnej rzeczywistości… Koło godziny 23:00 wróciliśmy do kraju.

Wiele nauczyła nas ta wymiana. Siłą rzeczy dużo mówiliśmy po angielsku i teraz możemy naprawdę zauważyć dużą poprawę w naszych umiejętnościach. Dzięki temu wyjazdowi poznaliśmy kulturę obcego kraju oraz panujące tam zwyczaje. W wielu z nas rozbudziło to marzenia. Niektórzy chcieli zostać w Danii na dłużej, może nawet znaleźć tam pracę i zamieszkać na jakiś czas? Ta wymiana dała nam nowe spojrzenie na świat. Poznaliśmy dzięki niej mnóstwo nowych osób. Zawarliśmy znajomości z uczniami duńskimi i obecnie, po powrocie do Polski, utrzymujemy z nimi kontakt. Podsumowując tę wymianę, możemy powiedzieć, że była to cudowna i pełna wrażeń wycieczka zarówno pod względem językowym, jak i rozrywkowym. W Danii spędziliśmy niezapomniane i radosne chwile....

Dania zdobyta!!!!!

Wersja uczniowska „niegrzeczna”
spisana przez Konrada Chrzanowskiego (kl. 2d)

W niedzielę 13 września o godz. 23:45 wszyscy uczniowie byli już gotowi na wyjazd do Danii. Czekaliśmy, aż kontrola policji dobiegnie końca i spokojnie ruszymy w podróż. O godz. 24:00 ruszyliśmy do Storving. Na tę wycieczkę czekaliśmy baaaaaaaardzo długo.....

W busie rozmawialiśmy o tym, co będziemy robić w Storving, byliśmy ciekawi, jak mieszkają nasi koledzy i koleżanki, oglądaliśmy mniej lub bardziej ciekawe filmy. Podróż minęła nam bardzo szybko, przynajmniej mnie, ponieważ spałem prawie całą drogę.(J) Pierwszym szokiem dla mnie i chyba dla większości naszej wycieczki, były ceny na duńskiej stacji benzynowej, gdzie za hamburgera trzeba było zapłacić około 25 złotych (w przeliczeniu z duńskich koron)! Od tej stacji tylko 2 h drogi dzieliły nas jeszcze od 14 tys. miasteczka, w którym mieszkali nasi duńscy przyjaciele.

Tak też około godziny..., mniejsza o godzinę, podjechaliśmy pod szkołę wyglądającą z zewnątrz bardzo nowocześnie. Gdy weszliśmy do środka, dosłownie każdemu opadła szczęka do ziemi. Uczniowie siedzieli na kanapach, prawie każdy miał laptopa. Na każdej ścianie wisiały jakieś kolorowe plakaty bądź obrazy. Nasi koledzy mieli jeszcze lekcje, więc zaproszono nas do pokoju nauczycielskiego, w którym zjedliśmy lunch (dobry lunch nam przygotowali :D). Koniec, nie będę was zanudzał opisem szkoły czy tym, co mieli w bufecie bądź jakie mieli toalety. Zadzwonił dzwonek, z sal powychodzili uczniowie, wyglądający prawie identycznie: jasne wąskie dżinsy, kolorowe bluzy z kapturem i włosy na żel. Każdy z nas czekał, aż zobaczy swojego „DUŃCZYKA”(tak ich nazywaliśmy). Nagle słychać czyjś śmiech na całą szkołę i tupotanie, oczywiście byli to nasi koledzy! Mathias podbiegł do mnie, uściskał mnie i podniósł do góry, prawie w ogóle się nie zmienił, no, oprócz tego, że urósł wszerz (przykoksił ;p). Wszyscy mieli świetne humory, rozmawialiśmy o tym, co tego dnia będziemy robili, gdzie pójdziemy... bawić się na całego ! :D W szkole mieliśmy jakieś integracyjne zajęcia, ale szczerze mówiąc, nie pamiętam, co na nich było. O godz. 15:00 mogliśmy już jechać do domów. Okazało się, że Mathias nie mieszka w tym miasteczku, co szkoła, tylko w innym, oddalonym o 20 min. autobusem miasteczku o nazwie, której wypowiedzieć nie jestem w stanie. Trzeba przyznać, że ich język jest strasznie trudny. Dom Mathiasa był urządzony bardzo, ale to bardzo ładnie, jego mam była przeeeeeemiła, a jego brat nie mówił ani trochę po angielsku, więc z nim sobie zbyt dużo nie porozmawiałem :p.

Wziąłem szybki prysznic i ruszyliśmy do Martina i Steczka na... piknik, tak powiedzmy, że spotkaliśmy się tam (wszyscy chłopcy) na pikniku. Posiedzieliśmy troszkę i poszliśmy na „stones” (była to ich piknikowa „miejscówa”). Poszliśmy do sklepu po jedzenie i picie i bawiliśmyyyy się bardzo długo. W połowie „pikniku” przyjechał Jonas na skuterze, z wmontowanym głośnikiem i puścił muzykę „na maxa”, tańczyliśmy prawie wszyscy, a najwięcej ja z Hubertem. Daliśmy taki popis tektoniku, że wszystkim Duńczykom opadła szczęka! Odwiedziła nas nawet duńska policja, ale popatrzyli na nas, uśmiechnęli się i pojechali dalej (Boże, to było pięęęękne). Piknik udał się ekstra!!! Około 12:30 dojechaliśmy do domu i od razu poszliśmy spać, co chyba dziwne nie jest.

Następnego ranka w szkole niektórzy byli bardzo zmęczeni, można by rzec, iż nawet nieżywi ;d. Do godziny 11:00 robiliśmy jakiś (z pewnością) ciekawy projekt, potem pojechaliśmy do Alborga, pięknego miasta liczącego ok. 120 tys. mieszkańców. Było bardzo fajnie: trochę pozwiedzaliśmy, pośmialiśmy się, powygłupialiśmy, jak to mamy w zwyczaju. Potem chłopaki zabrali nas do takiego miejsca, gdzie grało się w laser game, ale to była zabawa ! (to taki laserowy paintball). Następnie poszliśmy coś zjeść, po czym udaliśmy się na kręgle. W Alborgu było wspaniale, mam nadzieję, że tam kiedyś wrócę. Potem poszliśmy na dworzec i udaliśmy się do Storving żeby się trochę pointegrować na „stones”. Tym razem jednak piknik nie był tak udany, ponieważ wszyscy wcześniej musieli pojechać do domów. Tego dnia zauważyłem z Hubim, że między sobą nie rozmawiamy po polsku, tylko po angielsku: tak było łatwiej i szybciej, zapomnieliśmy, jak się myśli po polsku!

Naszego 3 dnia rano każdy wyglądał dużo lepiej, nikogo nie bolała głowa. Mieliśmy wycieczkę do najbardziej wysuniętego punktu na północy Danii, gdzie spotyka się Ocean (a właściwie Morze Północne) z Morzem Bałtyckim, świetny widok! Byliśmy w bardzo ciekawym muzeum, niestety, kolega Steczek (to ten z samorządu...) uniemożliwiał nam oglądanie tych bardzo interesujących obrazów swoim zabawnym zachowaniem (HAHAHAHAHA). Miasteczko Skagen nie należało do najbardziej interesujących, ale i tak nam się podobało. Po powrocie do domu szybki prysznic, po czym jazda do miasteczka, gdzie mieszkał Michael (miał tego dnia urodziny, więc było co świętować). Na miejscu zakupy na ognisko, prowiant i dużo piiiiiiiicia, ponieważ każdy był strasznie spragniony. Graliśmy w piłkę z 12-latkami (wygraliśmy oczywiście). Bawiliśmy się świetnie, każdy tego dnia miał świetny humor :D:D:D. Jeden z naszych kolegów skakał przez ognisko, co nie było najmądrzejsze, ponieważ był on strasznie, ale to strasznie zmęczony ;p. Jak już wspomniałem, bawiliśmy się świetnie, ale szczegółów przytaczać nie będę, ponieważ Pani Kochanowska nie chciałaby tego usłyszeć, a tym bardziej przeczytać. Pograliśmy jeszcze trochę na playstation i poszliśmy spać...

Rano wszystkich bolała głowa z przemęczenia. Każdy był nieżywy, każdy! Oglądaliśmy film w klasie, w głębi duszy każdy był smutny, że zaraz będziemy musieli wyjeżdżać. Nadszedł moment odjazdu, było niewesoło, ponieważ bardzo się zżyliśmy przez te 4 dni (Duńczycy zagrodzili drogę naszemu busowi, czyżby nie chcieli nas wypuścić?). Myślę, że dzięki temu wyjazdowi mój angielski się poprawił, co, mam nadzieję, zostanie docenione przez moją nauczycielkę angielskiego. Wiem też, że pikniki w Danii są fajniejsze niż w Polsce :D.

MAM NADZIEJĘ, ŻE ONI DO NAS JESZCZE KIEDYŚ PRZYJADĄ!!

Støvring 2009

Jakub Dowejko (kl. 2d)
relacja o wymianie grzeczna i stonowana emocjonalnie

Kilka tygodni temu miało miejsce niezwykłe wydarzenie - wyjazd do Danii. Celem licealistów ze Szczecina była mała miejscowość położona w północnej części Jutlandii, oddalona od domu o ponad 800 kilometrów. Była to forma wymiany uczniowskiej, takiej rewizyty: pół roku wcześniej Szczecin odwiedzili uczniowie z Danii. Integracji nie było końca. Poznawaliśmy kulturę i zwyczaje panujące w Danii. Był to czas nawiązywania nowych przyjaźni. Pomimo że spędziliśmy tam tylko kilka dni, na pewno żaden uczestnik nie zapomni tego wyjazdu.

Pierwszego dnia, gdy dotarliśmy na miejsce, zapoznaliśmy się ze szkołą. Wszyscy byli zszokowani, gdy zobaczyli, że zamiast zeszytów każdy uczeń tamtejszego gimnazjum na kolanach trzymał laptopa, a do tego siedział sobie wygodnie na kolorowej sofie w szkolnym korytarzu. Czułem się tam jak w domu. Po południu zostaliśmy przydzieleni do osób, które nas gościły i udaliśmy się do ich domów. Byłem bardzo podekscytowany, ponieważ nie miałem pojęcia, na kogo trafię. Okazało się jednak, że goszczący mnie Duńczyk był bardzo towarzyski. Bez problemu nawiązaliśmy kontakt, gdyż mieliśmy podobne zainteresowania. Dodatkowym plusem wyjazdu był przymus stosowania języka angielskiego.

Drugiego dnia od godziny ósmej w szkole trwał projekt Youth Culture, przygotowany specjalnie dla nas. Zostaliśmy podzieleni na grupy, by wspólnie z Duńczykami wymieniać się informacjami na temat życia codziennego, kultury i zainteresowań. Po lunchu powróciliśmy do domów, żeby przygotować się do wieczornego spotkania. W parku, a dokładniej w miejscu nazywanym przez Duńczyków The Rocks, zebrał się tłum ludzi. I się zaczęło!!!!!!!!!!!!!!!!!! Wygłupom i śmiechom nie było końca!!!!!!!!!!!!!!!!!! Wszyscy świetnie się bawili. Gospodarze uczyli nas słów i piosenek. Język duński jest trudnym, takim typowym „językowym łamańcem”. Na pocieszenie można dodać, że dla Duńczyka nasz język ojczysty to też nie lada wyzwanie! Ileż było śmiechu, gdy Duńczycy uczyli się polskich słów (w tym tych niezbyt cenzuralnych również...). Impreza trwała do późnych godzin wieczornych. Byłem mile zaskoczony nowymi znajomościami, które nawiązałem.

Trzeciego dnia kończyliśmy projekt na temat Polski i Danii. Po południu czekało na nas więcej atrakcji. Pojechaliśmy do Alborga, miasteczka oddalonego o około 25 kilometrów od Støvring. Tam przewodnik oprowadził nas po okolicy. Później mieliśmy dużo czasu dla siebie, więc męskim gronem udaliśmy się do salonu gier, w którym znajduje się jedna z pięciu w Europie gier zwana Lasser Game. W ciemnym pomieszczeniu odbył się pojedynek „na śmierć i życie” pomiędzy Danią a Polską. Niestety, polegliśmy... Była to świetna zabawa, a najwięcej radości sprawiły nam wyniki. Zostało jeszcze trochę czasu, więc... kręgielnia! Na miejscu czekała już reszta grupy. Tam Polacy zrewanżowali się Danii za poprzednią porażkę (ha, ha, ha...). W godzinach wieczornych powróciliśmy do Støvring; i tu, podobnie jak dzień wcześniej - The Rocks. Stamtąd całą grupą udaliśmy się na pizzę. Ceny obowiązujące w Danii są kosmicznie wysokie! Naocznie przekonaliśmy się, że pod tym względem Dania jest drugim państwem w Europie. Potem jeszcze mały spacerek po miasteczku. Zadziwiające, jak łatwo wyłączyć miejską latarnię...?? (ups,...) Z piosenką na ustach powróciliśmy ze swoimi gospodarzami do domów, w końcu trzeba kiedyś wypocząć po pełnym wrażeń dniu.

Czwartego dnia, o godzinie 11:00 wyjechaliśmy do Skagen. Mały port rybacki, w północnej części Jutlandii. Podróż trwała dwie godziny. Najpierw udaliśmy się do muzeum sztuki, potem spacerowaliśmy plażą na cypel Grenen - najbardziej na północ wysunięty punkt Danii, w którym zlewają się wody Morza Bałtyckiego i Północnego. Później, podczas czasu wolnego, udaliśmy się do centrum miasta na mały spacer i drobną przekąskę. Wróciliśmy do Støvring, spakowaliśmy się na drogę powrotną. Było to najgorsze zajęcie tamtego dnia, ponieważ nikt nie chciał wyjeżdżać. Wieczorem odbyło się ognisko pożegnalne. Atmosfera była niesamowita. Jak co wieczór, wszyscy świetnie się bawili. Ostatniego dnia, z samego rana, pod szkołą czekał już na nas bus, którym wróciliśmy do Polski.

Ostatnie wspólne zdjęcia i przyszła pora, by się pożegnać. Osobiście zostałbym tam jeszcze przez najbliższy rok albo jeszcze dłużej. Wszyscy nawiązali tam wiele znajomości. Do dzisiaj utrzymuję kontakt z poznanymi w Danii osobami. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś spotkam tych ludzi. Był to jeden z najlepszych wyjazdów w moim życiu!